niedziela, 30 września 2018

Verona - nie tylko miasto Romea i Julii

Dotarłam do Werony z pewnymi obawami. W końcu nie jestem szczególnym targetem na  legendę nieszczęśliwej miłości Romea i Julii, która najbardziej wszak kojarzy się z tym miastem. Na szczęście okazało się, że Werona ma do zaproponowania znacznie więcej i wyjechałam zauroczona jej atmosferą.  Ale po kolei...

Na dworcu czeka mnie pierwsza niemiła niespodzianka: system komunikacji miejskiej w Weronie jest ciężki do 'rozgryzienia'. Wprawdzie moja gospodyni napisała mi, jaką linią i skąd dokąd mam pojechać, żeby do niej dotrzeć, no ale mnie wszak interesuje szersze poruszanie się po mieście, a tu w okolicach dworca ani żadnej uczciwej mapy komunikacji miejskiej, ani cennika biletów, ani automatów biletowych przy stanowiskach (dworzec główny sporego i turystycznego wszak miasta! W dużo mniejszym Bergamo było znacznie lepiej). W końcu znajduję na dworcu punkt ATV (czyli właśnie owej komunikacji) - i to nawet jeszcze czynny (jest sobotnie późne popołudnie), gdzie udaje mi się dopytać mniej więcej o ceny biletów (niestety dzienne to dzienne, a nie 24-godzinowe, w związku z tym nie bardzo mi pasują) i kupić czasowe, ale to nie ten komfort, co jakiś czytelny schemat, gdzie sama mogłabym przeanalizować wszystkie opcje i wybrać wtedy, która najbardziej mi odpowiada. W samym autobusie też nielekko: żeby wysiąść, gdzie się chce, trzeba wcześniej zadzwonić (rozwiązanie stosowane w komunikacji wielu włoskich miast), niestety w środku nie ma ani spisu przystanków, ani działającego wyświetlania la prossima fermata (następnego przystanku). Jednym słowem dla przyjezdnej osoby koszmar. Całe szczęście, że mam offlajnowe mapy w telefonie (bogu niech będą dzięki za decyzję o zakupie Lumii tuz przed wyjazdem! jej mapy oszczędziły mi wielu nerwów), ale i tak wysiadam przystanek później. Potem już bez problemów znajduję 'swoje' mieszkanie i nawet dogaduję się z gospodynią (po włosku - nie zna i nie lubi angielskiego:P), która - na wieść o moich komunikacyjnych problemach - tłumaczy mi, że mogę spokojnie poruszać się po mieście na piechotę (pokazując mi widoczne z okien swego mieszkania Castelvecchio). 
Ruszam więc na wieczorną 'sondująca' przechadzkę w tamtym kierunku. Po drodze mijam imponujący kościół San Zeno Maggiore, po czym  nadrzecznymi bulwarami docieram do zamku, który  w nocnym oświetleniu wygląda pięknie. Odbijam jednak od uroczej rzeki Adygi, aby dotrzeć do jednego z najważniejszych placów w mieście, czyli piazza Bra. To przy nim stoi słynna Arena.
Dziś na placu jest jeszcze jedna atrakcja: następnego dnia (czyli w niedzielę) w mieście będzie odbywał się słynny Verona maraton i to na Placu Bra będzie jego meta.
Różne stragany z 'dobrami regionalnymi' są rozstawione już dziś. Ale ja mam już dość i wracam się wyspać. W końcu mam cały następny dzień na konkretne zwiedzanie miasta.

Rano idę tą samą 'sprawdzoną' trasą. Miasto jest pozamykane - trochę z powodu maratonu, a trochę z innych okazji (pod San Zeno lokalny targ staroci, a przystanki autobusowe i spora część ulicy zapchane są zaparkowanymi rowerami i skuterami, więc pewnie i tak nic tędy nie kursuje:P) - więc droga piesza wydaje się tak czy siak najbardziej sensowna. Castelvecchio i łączący go z drugim brzegiem most w dzień prezentują się także imponująco. 


Teraz mogę jednak wejść i do środka (trafiłam akurat na pierwszą niedzielę miesiąca, gdy to wstęp do większości obiektów w mieście kosztuje symboliczne euro, więc skwapliwie korzystam z okazji).


Omijam na razie Piazza Bra (wrócę tędy) zmierzając wprost do innego bardzo znanego placu, czyli Piazza della Erbe. To w jednej z bocznych uliczek od tego miejsca znajduje się słynny 'balkon Julii' (w cudzysłowie, bo jak wiadomo sprawa jest wątpliwa i żeby mogła tam mieszkać, a już na pewno nie było tam wtedy balkonu:P). Postanawiam potraktować sprawę bardziej jak zjawisko socjologiczno-psychologicznie i faktycznie materiału do obserwacji paranaukowych nie brakuje^^

Obsmarowane karteczkami przejście prowadzące do 'domu Juli'
pod wiadomym balkonem tłumy, a na balkonie coraz to inny focący się turysta
 
No i oczywiście wszyscy macają bezwstydnie posąg Julii po biuście^^ (który to, w związku z tym, ma już założoną specjalną 'ochronkę')


W środku (ach ten kuszący bilet za euro:P)  nie brak jednak i śladów nowocześniejszej techniki. Można napisać np. nie tylko list do Julii, ale i ...maila. Ogólnie romantyzmu to tu nie widzę, głównie biznes.
Wracam więc na Piazza Bra. Maraton się już w zasadzie skończył, więc trochę łatwiej się po nim poruszać. Pora na zwiedzanie Areny di Verona, niezwykłego starożytnego amfiteatru, gdzie do dziś odbywają się wielkie spektakle i koncerty operowe.  Wrażenie jest niesamowite.


Mam jednak jeszcze sporo czasu, więc wracam znów na Piazza Delle Erbe.


Gdzie podejmuję w końcu - nie całkiem zresztą świadomie:P - wyzwanie wejścia po setkach schodów na szczyt bodajże 84-metrowej, stojącej tuż przy Pallace Ragione (słynne pałacowe schody poniżej po lewo), Torre dei Lamberti:


Co przeżyłam po drodze to moje (poważnie się zastanawiałam, czy gdzieś tam nie padnę i zostanę na amen - bo już było niedługo do zamknięcia:P). Bezcenną nagrodą na szczycie były jednak takie widoki miasta: 


I jeszcze coś mnie - patrząc  z tej perspektywy - zainteresowało: spora grupa ludzi stojąca na placyku obok, każdy w pewnej odległości innych i z książką w ręku. Po zejściu postanowiłam sprawdzić, o co tu chodzi. Manifestacja odbywała się w ciszy, ale był plakat. Po raz kolejny miałam więc okazję poćwiczyć swój włoski, a ponieważ zaraz potem pewna pani po przeczytaniu tegoż plakatu wdała się w (nieregulaminową, bo łamiącą postulowaną ciszę^^) dyskusję z jedną z organizatorek  - po angielsku - utwierdziłam się, że zrozumiałam dobrze. I że popieram wątpliwości owej pani. W owej manifestacji pod szumnym (i jakże ładnie brzmiącym) hasłem 'demonstrowania w ciszy' (i z książką) prawa do wolności słowa  chodziło bowiem o prawo do poglądu, iż rodzina to tylko kobieta i mężczyzna (a nie inne opcje jak rozumiem). Jednym słowem włoska - inteligentniejsza - wersja 'rodziny radia Maryja'^^
Co jednak  najbardziej zapamiętam z Werony to piękne uliczki z cudowną atmosferą i bajeczną architekturą wokół. W takiej naprawdę można się zakochać ;)

sobota, 22 września 2018

Bergamo: między Città Alta a Città Bassa

Zanim nowe posty z pięknej Apulii wspomnienie mojej wycieczki na włoską północ sprzed czterech lat (szkoda, że nie zrobiłam podobnych notatek z o rok późniejszej Toskanii...)

Gdy zaczęłam planować swoją wyprawę, zapytałam mojej lektorki włoskiego, jakie może mniej popularne miasto jest godne odwiedzenia. Bez namysłu odparła, że Bergamo. Zaraz potem okazało się, że Ryanair do Mediolanu ląduje tak naprawdę na lotnisku w Bergamo;) To przypieczętowało sprawę. Wylądowałam późnym popołudniem, szybko (autobusem miejskim) dotarłam do centrum i na swój nocleg, po czym postanowiłam jeszcze tego dnia ruszyć na oglądanie owej słynnej miejscowej Città Alta, czyli położonej bardzo na wzgórzu starówki. Do której można dotrzeć tym samym 'lotniskowym' autobusem (bilet 24-godzinny jedyne 5 euro) albo.. funiculare, czyli kolejką ;) (też w cenie biletu na komunikację miejską).

Po lewo owa kolejka, powyżej jej stacja.

A oto samo - okolone murami - Città Alta, z wąskimi brukowanymi uliczkami i zabytkowymi kamieniczkami (w międzyczasie zapadł już zmierzch, więc mogłam pooglądać też, jak wygląda oświetlone miasto;))
Piazza Vecchia, czyli centralny plac starówki. A poniżej katedra.

Na tym jednak tego dnia zakończyłam, resztę (w tym podziwianie panoramy Città Bassa ze wzgórza) zostawiając na następny poranek. Rano poćwiczyłam włoski z moim gospodarzem (ta radość w oczach 'zwykłych' Włochów, kiedy orientują się, że rozumiesz ich język - i nie muszą się silić na, niespecjalny zwykle, angielski - bezcenna^^. Gospodarz całe śniadanie opowiadał mi o różnych rzeczach - w tym wrażeniach ze swej wycieczki do Krakowa - podczas gdy Niemców obok spytał tylko po angielsku czy chcą kawę - i jaką - i tyle;)), po czym wróciłam do Città Alta. Z przepyszną, sprzedawaną na wagę, pizzą (podaną nie tylko na tacce, ale i na pergaminie, dzięki któremu oliwa za chwilę nie przeciekła mi na ręce:P A i jeszcze dodatkowo z kawałkiem focacci gratis;)) poszłam do pobliskiego parku zjeść przy wspaniałej panoramie Città Bassa.
Potem przeszłam jeszcze raz przez starówkę:
Po lewo Palazzo Nuovo z uznaną biblioteką historyczną w środku.
I... wjechałam kolejnym funicolare jeszcze wyżej - na San Viglio. Gdzie były jeszcze wspanialsze widoki i duuużo zieleni;)
Mogłabym tam siedzieć długo, ale trzeba było wracać na pociąg.  Do Werony;)

Pomiędzy kolejnymi miastami przemieszczałam się wyłącznie pociągami (przeważnie regionalnymi) -  z dużą zresztą przyjemnością. Są fajne, niedrogie i często kursują. No i lepiej się podziwia lokalne widoki z okien pociągu niż np z autobusu. A po drodze 'wyhaczyłam' m. in. takie:
Takich 'powitalnych' murali było więcej;)
Drzewa 'pod wymiar' w okolicy dworca w Brescii (gdzie miałam przesiadkę)
 
Muszę jeszcze wspomnieć, że z zaskoczeniem stwierdziłam, iż w okolicach Bergamo i Brescii mieszka sporo ciemnoskórych osób (w pociągach było ich chyba więcej niż 'białasów'). Teraz już lepiej rozumiem, skąd pracujący w mojej ulubionej lokalnej kebabowni Turcy mogli znać tak dobrze akurat włoski;)

A o mieście nie tylko (na szczęście:P) Romea i Julii będzie następnym razem.